Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rozkłady jazdy

Facebook

Jak to z prądem w Skokach było...

Podczas gromadzenia materiałów do uściślenia informacji o przydrożnych kapliczkach, spotkałam się z panią Halinką Pardyka. I tak od słowa do słowa, z tematyki kapliczek, przeszłyśmy do tego - jak to w Skokach z prądem było. W Internecie sprawdziłam, że na mocy Ustawy z 28 czerwca 1950 r., w całej Polsce, nastąpiła powszechna elektryfikacja wsi. Zanim świadomość znaczenia tej ustawy dotarło do, odległych od miast, wiosek upłynęło kilka lat. Ostatnim zelektryfikowanym regionem Polski były Mazury za rządu Edwarda Gierka.
W Skokach, już w 1956 roku na wiejskich zebraniach, które odbywały się na środku wsi, dyskutowano o konieczności doprowadzenia prądu do każdej zagrody. Powołano więc Zarząd Budowy Elektryfikacji Skoków (czy tak brzmiała nazwa?).
Zarząd tworzyli: Bolesław Teper - przewodniczący - w tym czasie był on już sołtysem w Skokach, Stanisław Chadaj – zastępca, a skarbnikiem była Pelagia Stoń.
Najpierw musiano zgromadzić fundusze. Ustalono, że każda rodzina da określoną kwotę, a gromada wiejska, czyli Skoki, weźmie dodatkowo  kredyt w banku - 70 000 zł (Koszty elektryfikacji Skoków udokumentowane przez skarbnika – p. Pelagię Stoń, udostępnione przez p. Zofię Kurpiel).  Zaciągnąć pożyczkę to jedno, a spłacić ją, to drugie… Aby rozwiązać problem spłaty pożyczki podjęto decyzję o organizacji  dochodowych zabaw wiejskich. Dożynki były nieodłącznym elementem tych zabaw.
Tuż za wioską, nad Wieprzem, rozciągała się piękna kępa wierzbowa. Obecnie znajduje się tu wał przeciwpowodziowy. Tutaj pasły się gęsi i kaczki; tutaj w niedzielne popołudnia młodzież grała w siatkówkę, kobiety haftowały, szydełkowały, robiły na drutach. Mężczyźni grali w karty i popijali wódeczkę. Chłopcy grali w krypę, inni toczyli fajerki - kto dalej i dłużej, dziewczynki grały w klasy. Ktoś grał na organkach, to znów grupa starszych dzieci grała w zbijaka. Kępa nad Wieprzem tętniła życiem. Na tej kępie, pośród wierzb, układano deski jako parkiet do tańców. Była i kapela z Dęblina lub z Gołębia. Grajkowie grali na trąbce, harmonii, skrzypkach i na bębnach (dzisiaj to akordeon i perkusja). Zbijano blaty na stoły, ustawiano przy nich ławy, a tuż obok, pod brezentowym namiotem, był bufet.
Wszystkie kobiety w wiosce należały do Koła Gospodyń Wiejskich. Dla nich organizowane były kursy gotowania, pieczenia, a nawet wyrobów masarskich. W tych ostatnich  uczestniczyli również panowie. Po takim przygotowaniu nie było problemu z zaopatrzeniem bufetu we wszelkiego rodzaju jadła, własnego wyrobu. Pamiętam przepyszne ciasteczka - róże z powidłami różanymi na wierzchu i ptysie z białym  kremem. Była swojska kiełbasa, salcesony - biały i czarny. I co jeszcze...?  Na pewno wszystkiego było dużo, ponieważ zabawa trwała do rana. Goście przybywali z pobliskich miejscowości: z Borowej, Masowa, Dęblina, Matyg i  Gołębia.
Nim  rozpoczęła się zabawa, przez wieś przechodził korowód dożynkowy z wieńcem na przodzie. Zakończeniem parady były występy. Najmłodsze dzieci inscenizowały  piosenkę „Pod czerwonym grzybkiem”, którym był  ogromny parasol, starsze tańczyły Poloneza, a młodzież wywijała góralskie hołubce przy piosence ”W murowanej piwnicy...”. Gospodynie śpiewały ułożone przez siebie piosenki, odgrywały śmieszne dialogi i humorystyczne scenki z życia wsi. Dopiero po występach rozpoczynała się zabawa taneczna i biesiada do świtu.
Organizatorką i głównym reżyserem części artystycznej, mówiąc współczesnym językiem, była pani Kazimiera Mokijewska. To u niej na podwórku odbywały się próby dzieci i młodzieży. Wieczorem, już po obrządkach w gospodarstwie, na próby i układanie skeczy, dialogów i wierszy przychodzili dorośli. Kto miał natchnienie, to i podczas dojenia krowy ułożył wiersz. Pamiętam fragment dialogu: ”robimy tort, a  Adela – pędź do toru” (co miało oznaczać - poncz do tortu).-wszyscy wiedzieli o co chodzi i w śmiech.
Jednak życie we wsi składało się nie tylko z sielskiej zabawy. W 1957 roku, podczas omłotów żniwnych, przez wieś przeszła pożoga. Spaliły się stodoły pełne siana i słomy.  Mała 3-letnia dziewczynka siedzi na dużym kamieniu . Patrzy jak naprzeciw młócą zboże maszyną parową (w mojej galerii jest zdjęcie z omłotów). W pewnym momencie, ogląda się i widzi na wierzejach stodoły czerwone języki ognia. Dalej to już tylko pamięta wozy z pierzynami i domowym dobytkiem, na polach, tu gdzie teraz posesja  p. Wesołowskich, świnie, krowy, owce, konie, dzieci na tych wozach. Mężczyźni, kobiety, młodzież ciągną wodę ze studni i próbują gasić ogień. Straż pożarna? - też chyba była, ale dziecko, w tumanach dymu i zamieszania, już tego nie pamięta.
W domu opowiadali, że wtedy dziewczynka spaliłaby się, ponieważ chorowała na koklusz i spała w stodole. Stukot maszyny i gwar w pobliżu nie pozwoliły dziecku spokojnie odpoczywać, wyszła więc patrzeć.
Jednak mimo tak ogromnych strat i przeszkód, chociaż z opóźnieniem, dalej prowadzone były prace zmierzające do elektryfikacji wsi. Specjalne drewniane słupy sprowadzono pociągiem aż spod „ruskiej” granicy, gdzie je produkowano. Wyładunek odbywał się na przejeździe kolejowym. Słupy zdejmowane były na obie strony przejazdu, z jednej dla Skoków, z drugiej dla Borowej, bo w tym samym czasie i do Borowej prowadzono prąd. Aby nie tamować ruchu na torach bardzo szybko opróżniano wagony.
Prace elektryfikacyjne zakończono w 1958 roku. U sołtysa przygotowano przyjęcie. Byli zaproszeni goście: kierownik budowy i ktoś z „ZEOLU”.
Żeby uświetnić moment pierwszego zapalenia latarni ulicznych czekano z tym do zmroku. Na słupach, na gwoździach, zawieszono zapalone lampy naftowe, którymi do tej pory oświetlano domostwa. Gdy już się dobrze ściemniło, przy pomocy pstryczka, który znajdował się w domu pana Kędziory, pstryk i zabłysły latarnie elektryczne!!! To dopiero była radość !!! Wszyscy wydali głośne ooooooo !!!! .
Dom pana Kędziory, gdzie był "pstryczek-elektryczek"
 
Naftowe lampy jeszcze dość długo funkcjonowały, bo nie tak prędko do każdego domu doprowadzono linię z prądem elektrycznym, ale „pstryczek-elektryczek” zapalający uliczne latarnie funkcjonował bardzo, bardzo długo.
Cóż mogę więcej dodać? Chyba tylko to, że Marek i Darek to wnukowie Bolesława Tepera, a Halinka Pardyka to jego córka, Zosia Kurpiel to córka Pelagii Stoń, a mała dziewczynka to autorka tej opowieści.
Dziękuję Halince za piękną opowieść i przywołanie odległych wspomnień.
Zachęcam wszystkich do gromadzenia opowieści rodzinnych.
Jeżeli ktoś z Państwa chciałby coś dodać lub uściślić zawarte w tekście informacje, prosimy wpisywać komentarze pod tekstem.
 
 
Walentyna Nowak
 
Zdjęcia pochodzą z galerii fotografii  mieszkańców naszej wsi.

Komentarze

Replied

elektryfikacja Skoków

Dziękuję serdecznie za przypomnienie tych niezwykłych czasów.To czasy mego dzieciństwa.
Pamiętam tę radosną chwilę, gdy u sufitu zabłysła żarówka. Na to uroczyste wydarzenie Pani Kazimiera Mokiejewska, niezastąpiona jak zwykle przy takich okazjach, przygotowała przedstawienie.Kilkoro dzieci przebranych za żarówki i ja mówiąca wierszyk pt. "Mały pstryczek - elektryczek. Znalazłam też w domowym archiwum niebieski zeszyt w kratkę, z notatkami mojej Mamy jako skarbnika. Wiem zatem jak wielka była ofiarność mieszkańców Skoków mimo trudnych powojennych czasów. I jaka była zgoda i solidarność. Zapiski mają ponad 50 lat, są jeszcze czytelne choć pisane ołówkiem. Chętnie je udostępnię dla potwierdzenia moich słów.
Z wielką przyjemnością przeczytałam ten tekst,
wróciły czasy bardzo wczesnej młodości.
Dziękuję. Zofia Kurpiel